Rodzinny biznes - to nie moja bajka

 - Czym się zajmujesz?
- Prowadzeniem własnej działalności, którą przejęłam po rodzinie.
- Od której do której pracujesz?
- Od 8:00 do 16:00.
- A co robisz w pracy?
- Zajmuję się umawianiem montaży pomp ciepła, kolektorów słonecznych i paneli fotowoltaicznych. Inaczej mówiąc - energią odnawialną.

 

Tak mogłoby wyglądać moje codzienne życie. Od poniedziałku do piątku. Ładnie ubrana i z pełnym makijażem. Jednak dążę do tego, aby tak nie było. Nie interesuje mnie to. Marzę o czymś zupełnie innym.


Kiedy miałam 5 lat mój pies, zaledwie roczna sunia terriera rosyjskiego, bardzo ciężko zachorowała. Była to choroba odkleszczowa - babeszjoza. Bardzo przeżywałam jej chorobę. Patrzyłam jak lekarze zmieniają kroplówki, a pies niemalże odchodzi na moich oczach. Na szczęście udało się ją uratować. Wtedy wpadłam na pomysł, że zacznę chodzić do przychodni weterynaryjnej żeby w ramach podziękowań pomóc lekarzom przy innych pacjentach. Jako mała dziewczynka, niemająca pojęcia o leczeniu zwierząt, pomagałam segregować strzykawki i igły. Sam fakt, że przebywałam w tym środowisku dawał mi ogromną satysfakcję. Z biegiem czasu powierzano mi coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Patrzyłam na przebieg przeróżnych zabiegów i operacji. Nie bałam się tego. Po każdym zakończonym dniu, chciałam więcej i więcej... Później lekarze dzwonili po mnie, bo jest „ciekawy” przypadek, albo jakaś wizyta, przy której przydałaby się moja pomoc. Od razu rzucałam wszystko i biegłam do przychodni. Zdarzało się nawet, że zamiast do szkoły, szłam do lecznicy bo tam zawsze ktoś potrzebował pomocy, pocieszenia, pogłaskania czy wyprowadzenia na spacer. Rodzice nic o tym nie wiedzieli. Chciałam usilnie poznawać świat, który skrywa wiele tajemnic, który jest magiczny - świat weterynarii. W trzeciej klasie gimnazjum oznajmiłam rodzicom, że chcę być weterynarzem i szukałam szkół o tym profilu. Któregoś dnia dowiedziałam się o naszym technikum. Bez wahania poszłam na dzień otwarty i umówiłam się na rozmowę kwalifikacyjną. Udało się. Pierwszy cel został osiągnięty.


Praktyki szkolne realizowaliśmy w różnych miejscach, m. in. w lecznicach i gospodarstwach hodowlanych. Zajmowaliśmy się zarówno małymi jak i dużymi zwierzętami. To właśnie w trakcie odbywania praktyk zadecydowałam, że chcę pracować z dużymi zwierzętami - krowami i końmi. Wspaniale jest podziwiać cud narodzin małego cielaka, źrebaka i patrzeć jak gospodarze cieszą się, że ich zwierzę jest zdrowe.


Praca w rodzinnej firmie nie jest tym, czym chciałabym się zajmować. Nie sprawia mi to żadnej satysfakcji. Kiedyś usłyszałam, że powinnam docenić możliwość przejęcia rodzinnego biznesu, który działa bardzo prężnie, a ja wybieram pracę w terenie od rana do późnych godzin wieczornych. Jednak mnie właśnie taka praca najbardziej cieszy. Nie zależy mi na wolnych weekendach czy stałych godzinach pracy od 8:00 do 16:00. Chcę się realizować i robić to co kocham.

 

Paulina Kubica